Not only watra – the Lemks from Gladyszow/ Nie tylko watra – Łemkowie z Gładyszowa

Just who are the Lemkos, sometimes known as the Rusyns?  Where are they from, and how have the managed to preserve their language and cultural heritage in the Carpathians, despite the vagaries of national border adjustments, waves of emigration and a forced displacement in the aftermath of the Second World War?  There are no easy answers to these questions, but our search for clues brought us to a series of small towns in southern Poland on the Slovak border.

In the heart of Lemkowszczyzna (Лемковина in the Lemko language), is the small village of Gladyszow.   Nestled in the bucolic Beskid Niski foothills, Gladyszow is home to Jan and Danuta Dziubyna — our hosts and guides, a Rusynian family of teachers who run an agrotourism venture that promotes the traditions of their ancestors.  As we made ourselves comfortable in this idyllic setting,  Mr. Dzuibyna explained to us that he once entertained plans for a Lemko museum on his property.  He now has a different vision for the future.  Instead of a museum showcasing “dead” objects, he hopes to recreate an old Lemko homestead, where visitors can churn butter and embroider Lemko patterns.

The idea to start an original, educational farmstead came to the Dziubyna family years ago. The intention was to have a place to maintain and preserve Lemko culture. Indeed, their house is a veritable museum.   The importance of such institutions is in full focus for those that understand the difficult history of Lemkos in Poland.  Under the Stalinist dictatorship of the late 1940s, the resolve of the Lemko people was tested during a program of resettlements engineered by the government. Now there is another threat the Lemko culture: the movement of young people to cities and a lack of interest in preserving culture.  Mrs. Dziubyna, a local teacher in Gladyszow, convinced us of the necessity of teaching each successive generation the Lemko language and culture. Gladyszow is home to the largest group of children in Poland who learn the Lemko language.  The Dziubyna family has been at the forefront of promoting the teaching of the Lemko language both at school and within the broader community.

The preservation of this unique cultural identity is, in part, why it is so important for Lemkos to lobby to have place names on signs in their native Lemko language in the Cyrillic alphabet as well as in Polish, especially in a place like Gladyszow where more than 20 percent of the population is Lemko. So far they have been met with resistance in this pursuit.  Mr. Dziubyna is actively involved in this battle, and says the hope is to instate this policy in seven towns with Lemko communities, among them Zdynia (Ждиня) –“the only Polish village with a Lemko mayor.”  Dziubyna worries that the slowness and reluctance of Polish officials will delay the whole process. Meanwhile, the Slovaks have signs with both the Lemko and Slovak language names for towns such as Becherov, just on the other side of the border.

Given the idyllic setting of Gladyszow, nestled among rolling hills, peaceful farms and forests, where the hospitality of the people seems to know few bounds or limits, it is hard to imagine “Action Vistula” a forced resettlement program initiated by the totalitarian regime.  In order to recover and learn stories about the full span of history in this area we spoke with one of the oldest residents of Gladyszow.

“Before the (Second World) War,” explained Mr. Jan Kowalczyk,“everything here was Lemko.”  He was born in Gladyszow in 1928, at a time when there were only a few Poles in the village who came for work.  Kowalczyk, who draws on incredibly deep wells of knowledge and experience about this area, remembers his childhood as a time of peace, when Lemkos, Poles and Slovaks met near the border to play games. He even joked, “sometimes the Catholic priests would even go to the Inn for a drink with Jews.”  This image of his childhood was soon eclipsed by the historical realities of Nazi occupation and then the tribulations of post-War.  We asked him about the charge that Lemkos were funneling secrets to the Ukrainians, which the Polish government at the time used as justification for the resettlement program.  Mr. Kowalczyk admits he did hear of one such a case among his Lemko brothers, but the whole group suffered under Action Vistula.

Mr. Kowalczyk remembers Action Vistula to the day. It was the seventh of June 1947, and his entire family, along with other Lemkos from Gladyszow, was put into wagons and transported to a camp in Jaworzno on orders from the Polish communist government. They were then moved on to localities previously occupied by Germans in western Poland.  This resettlement program, which lasted until 1950, displaced almost ever Polish citizen of Lemko descent, and even a few others.  For ten years, Kowalczyk was separated from his family’s village, his farm, and his property.  In the mean time, Kowalczyk got married.  When he returned to Gladyszow he found that most of the property that had belonged to Lemkos before the displacement would not be recoverable, according to communist law.  Many years of mutual distrust between residents of Polish and Lemko origin followed, often leading to conflict.

From an outsider’s perspective, Gladyszow appears a place of tolerance and mutual respect between Poles and Lemkos, who now represent a minority within the village. A beautiful prewar church sits in the center of the small town (Kowalczyk remembers its construction, from his childhood in Gladyszow).  It is a truly ecumenical house of worship where Catholic Mass and Greek Catholic services are held.  Dziubyna insists it is “rather due to purely practical reasons” that this ecumenicism exists, but nonetheless it is a sign of new times, and the importance working to reconciling different faiths, in these small, multiethnic border villages.

The distinctive architecture of Lemko churches is among the most important facets of Lemko material culture, said Dziubyna, our guide through the countryside. Lemko identity, it seems,  is more tied to this cultural  and linguistic past than to the particular church they belong to, whether it be Catholic, Orthodox or Greek Catholic.  They commemorate their past with memorials, monuments and cemeteries and promote their culture at festivals in Poland and abroad.  Notable among these festivals are the Watras, large bonfire gatherings intended to mark special occasions and bring the Lemko community together.  As we left we agreed to come back before long to celebrate one of these traditions with them.  Of course, the beauty of the Lemkowszczyzna demands more than just one return visit.

Text: Daniel Jezierski

Translation into English: David Liebers

Kim są Łemkowie, czasem nazywający siebie Rusinami? Skąd pochodzą i w jaki sposób udało im się przetrwać, oddzieleni zanikającymi współcześnie granicami państwowymi, trudne czasy fal emigracji zarobkowych za ocean czy przymusowe wysiedlenia na ziemie zachodnie po drugiej wojnie światowej, zachowując i pielęgnując do dziś niezwykle bogatą i jakże charakterystyczną kulturę pogranicza Karpat Zachodnich i Wschodnich? Znalezienie odpowiedzi na to pytanie nigdy nie będzie łatwe, ale poznanie choćby fragmentu, części tej bardzo interesującej i stosunkowo mało znanej mniejszości etnicznej wzbudzi w nas zaciekawienie i uświadomi jak wiele bogactwa kulturowego jest jeszcze do odkrycia w naszym kraju.

W samym sercu Łemkowszczyzny, nazywanej przez rdzennych mieszkańcow tej małej ojczyzny Łemkowyną (łemk. Лемковина), w niewielkiej wsi Gładyszów (łemk. Гладишів), malowniczo położonej pośród pagórków Beskidu Niskiego tuż przy granicy ze Słowacją, z dala od miejskiego gwaru i zgiełku, odwiedzamy ‘Dziubyniłkę’, gospodarstwo agroturystyczne państwa Dziubynów, rusińskiej rodziny nauczycieli, którzy w ciągu swojego życia wiele poświęcili dla podtrzymania i krzewienia tradycji przodków wśród miejscowych. Pan Jan Dziubyna wokół swojego gospodarstwa planuje w niedalekiej przyszłości budowę niewielkiego skansenu, a raczej jak sam mówi ‘odtworzonej zagrody edukacyjnej – łemkowskiej chyży, czyli drewnianej chałupy, dwóch spichlerzy i młynu wiatrowego’, w których zamiast oglądania ‘martwych’ przedmiotów, poprzez aktywne spędzanie czasu, starsi i młodsi będą mieli okazję samemu m.in. zrobić masło lub wyhaftować piękne, łemkowskie wzory.

Pomysł na postawienie oryginalnej zagrody edukacyjnej zrodził się wiele lat temu i wynika z potrzeby podtrzymywania łemkowskiej tożsamości na obszarze ich małej ojczyzny, która w okresie komunistycznego państwa w powojennych realiach stalinowskiej dyktatury przeszła próbę jej unicestwienia, a teraz zagrożona jest postępującym rozwojem cywilizacyjnym i emigracją młodych ludzi do miast. O potrzebie nauczania języka Łemków wśród młodzieży i jego roli w kształtowaniu świadomości następnych pokoleń przekonuje nas pani Danuta Dziubyna, nauczycielka z miejscowej szkoły w Gładyszowie, gdzie obecnie największa grupa dzieci w Polsce uczy się łemkowskiego. Pani Danuta w swoim dorobku naukowym ma również prace dotyczące języka przodków. ‘Niezwykle istotne jest by rodzice od małego kształcili swoje dzieci w poczuciu przynależności etnicznej, gdy tymczasem nazbyt często zaniedbuje się nauczanie języka przodków’, zauważa pan Jan i dodaje, że ‘to staje się przyczyną powstawania wśród młodych ludzi dylematów i poczucia wyobcowania pośród innych Rusinów’.

Dlatego tak istotne znaczenie ma dla mniejszości łemkowskiej mieszkającej w naszym kraju, obok polskich, postawienie tablic z nazwami miejscowości zapisanych cyrylicą w ich rodzimym języku, gdzie mniejszość ta stanowi ponad 20% ogółu mieszkańców. O ten przywilej, jak dotąd bez rezultatu, ubiega się ledwie siedem wsi podkarpackich, a wśród nich Zdynia (po łemkowsku Żdynia, Ждиня) – ‘jedyna, w której sołtysem jest Łemko’, podkreśla z dumą pan Dziubyna i dodaje, że batalia o napisy tych kilku miejscowości w języku łemkowskim, w którą sam jest czynnie zaangażowany, trwa już kilka lat, ale opieszałość urzędników i niechęć części miejscowych Polaków skutecznie opóźnia cały proces, podczas gdy na przykład Słowacy mają go już za sobą i na dowód zabiera nas do wsi Becherov po drugiej stronie granicy.

Odwiedzając dziś malowniczo położony Gładyszów, gdzie życie pośród beskidzkich wzniesień zdaje się płynąć zupełnie sielsko i spokojnie, a mieszkańcy są niezwykle gościnni i otwarci na przybyszów z kraju i zza granicy, aż trudno uwierzyć w to, co stosunkowo niedawno spotkało wieś i całą Łemkowszczyznę. By zrozumieć lepiej dramatyczny przebieg akcji ,,Wisła’’, czyli działań przesiedleńczych totalitarnego reżimu komunistycznego w Polsce, obejmujących m.in. Ukraińców i Łemków z terenów Polski południowo-wschodniej na tzw. Ziemie Odzyskane tuż po zakończeniu działań wojennych, o podzielenie się z nami swoimi wspomnieniami poprosiliśmy jednego z najstarszych mieszkańców wsi, doskonale pamiętającego tragiczne wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat.

‘Przed wojną wszystko było tutaj łemkowskie’, wspomina pan Jan Kowalczyk, urodzony w Gładyszowie w 1928 roku, po czym dodaje, iż ‘we wsi było wtedy może ze dwóch Polaków, dopiero potem napływali tu do pracy’. Pan Kowalczyk ze wzruszeniem opowiada o czasach pokoju i dzieciństwie spędzonym we wsi, gdzie łemkowska młodzież z Polski i ze Słowacji spotykała się na granicy by wspólnie ze Słowakami i Polakami urządzać zabawy, bo jak żartuje starszy pan, ‘wtedy nawet katolicki ksiądz szedł do karczmy do Żyda czasem’. Ten obraz kraju lat dziecinnych przesłaniają jednak wydarzenia lat okupacji hitlerowskiej i jeszcze bardziej tragiczne w skutkach dla Łemków lata powojenne. Pytamy o rzeczywisty udział Łemków w działaniach ukraińskich grup skierowanych przeciwko Polakom i tworzącej się władzy komunistycznej po drugiej wojnie światowej na tych terenach, ale pan Kowalczyk przyznaje, że osobiście słyszał tylko o jednym takim przypadku wśród łemkowskiej braci, natomiast potwierdza, iż cała jej społeczność padła ofiarą akcji ‘Wisła’ jako przemyślanego działania totalitarnego reżimu.

Był dokładnie 7 czerwca 1947 roku, pan Kowalczyk doskonale pamięta ten dzień, kiedy całą jego rodzinę, podobnie jak innych Łemków ze wsi, na rozkaz polskich władz bez pardonu wsadzono do wagonów i przetransportowano najpierw do obozu przejściowego w Jaworznie, a następnie do wyznaczonego miejsca osiedlenia na terenach wcześniej przymusowo opuszczonych przez wypędzonych Niemców. Według szacunków, akcja przesiedleńcza trwająca do 1950 roku objęła niemal wszystkich obywateli polskich pochodzenia łemkowskiego, a pozostali tylko nieliczni. W przypadku pana Kowalczyka dziesięć lat trwała rozłąka z rodzinną wsią, w której pozostawiony został cały dobytek wraz z gospodarstwem i ziemią. Pan Jan ożenił się i skorzystał z prawa powrotu na ojcowiznę w 1957 roku, jednak nie wszyscy Łemkowie chcieli i mogli powrócić na ziemie swych przodków, zajęte bowiem w znacznej części przez polskich osadników gospodarstwa były w zasadzie nie do odzyskania według ówczesnego prawa PRL przez jej pierwotnych właścicieli. Dlatego w Gładyszowie, podobnie jak w innych podkarpackich wsiach, do których wracali Łemkowie, przez wiele lat panowała atmosfera wzajemnej nieufności pomiędzy powracającymi z wygnania mieszkańcami a polskimi osadnikami, co niejednokrotnie prowadziło do konfliktów.

Dziś, na pierwszy rzut oka w Gładyszowie panuje zgoda, tolerancja i wzajemny szacunek pomiędzy Polakami i Łemkami, którzy stanowią we wsi mniejszość. Piękna, jeszcze przedwojenna cerkiew w centrum wsi, której budowę pamięta z dzieciństwa pan Jan Kowalczyk, jest prawdziwie ekumenicznym miejscem, w którym oprócz celebrowania mszy w obrządku grekokatolickim odbywają się msze katolickie. ‘To raczej wynika z przyczyn czysto praktycznych’, przekonuje nas pan Dziubyna, jakkolwiek jest to wyraźny znak nowych czasów, dających nadzieję na pełne zrozumienie w dążeniu ku pojednaniu w wierze.

Charakterystyczna budowla cerkwi łemkowskich stanowi niezwykle istotny, wręcz nieodłączny filar jej kultury materialnej na przestrzeni wieków, podkreśla pan Jan Dziubyna, który zostaje naszym przewodnikiem po okolicy. Zdaje się, że dla tożsamości łemkowskiej mniej ważna jest nawet przynależność do kościoła katolickiego, prawosławnego, grekokatolickiego czy innego, wynikająca z zawirowań historii rodzinnych wplecionych w losy innych narodów. Bo Łemkowszczyzna na płóciennych obrazach i w wyobraźni rozsianych na całym świecie Łemków, jawi się jako ich mała ojczyzna przodków z łagodnymi pagórkami i małą cerkiewką pośrodku. O przeszłości przypominają też pomniki i cmentarze, a współcześnie organizowane są liczne festiwale promujące kulturę łemkowską w Polsce i za granicą. No i cyklicznie odbywają się łemkowskie watry, czyli ogniska – imprezy, które stają się niecodzienną okazją do spotkań Łemków, budzenia poczucia wspólnoty, przywołania tradycji lub po prostu często odwiedzenia ojczyzny przodków po wielu latach nieobecności w kraju. Swój udział w łemkowskiej watrze w Zdyni zapowiedzieliśmy na przyszły rok, bo na Łemkowszczyznę na pewno jeszcze wrócimy nie raz.

About voicesfrompoland

Just a student interested in Polish ethnic minority groups.
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s